środa, 27 lipca 2016

Majowe - bajkowe wspomnienia z Lanckorony


Co się odwlecze, to.....

Ponad dwa miesiące zbierałam się, aby napisać ten post. W międzyczasie opisałam zrobione sweterki i chustę, a relację z mojej pierwszej wizyty w tym bajkowym miejscu ciągle odkładałam.... bo praca, bo wyjazdy, bo... bo... bo... a zatem do... klawiatury !

Ostatni majowy tydzień spędziłam w urokliwej Willi Tadeusz w Lanckoronie.


O tym niezwykłym pensjonacie po raz pierwszy przeczytałam na blogu Gackowej. Zachwyciły mnie zdjęcia i opis tego miejsca, aż nadarzył się dobry moment, aby je odwiedzić. Dom, a właściwie piękna, drewniana willa, ma ciekawą długoletnią historię (od 1924 roku jest pensjonatem prowadzonym przez rodzinę Lorenzów) i niesamowity klimat. Położony jest na zboczu Góry Lanckorońskiej (545m).

Lanckorona leży u stóp tego wzniesienia, zaś na jego zboczu ulokowały się piękne, stare wille zbudowane w stylu zakopiańskim, w latach 20. i 30. w XX wieku. Jedną z nich jest Willa Tadeusz.


Mieszkałam w klimatycznie urządzonym pokoju na pierwszym piętrze, z wyjściem na ogromny taras.
Gdy tylko otworzyłam drzwi, moim oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok.... 


TAKA panorama! zdjęcie wykonałam około 5 rano (!), centralnie za drzewami, widać, obudzone już jakiś czas temu, słońce.

I ta cisza.... Pierwszy raz od bardzo dawna zdarzyło mi się obudzić o świcie i poza śpiewem ptaków NIC innego nie słyszeć. Cisza absolutna. Kompletny brak dobiegających z daleka dźwięków cywilizacji: samochodów, motorów, kosiarki, piły spalinowej, stukania młotka, trzaskania drzwi, okien, nawet szczekania psów... w ciągu dnia było równie cicho, i tylko czasami słychać było samochody, średnio raz na godzinę....(!)

Willa Tadeusz ma idealną lokalizację dla ludzi potrzebujących odpoczynku i wytchnienia od codziennych spraw. Na pewno sprzyjają temu spacery po ścieżkach, którymi możemy wspiąć się na Lanckorońską Górę – a do wyboru mamy: Aleję Cichych Szeptów, Drogę na Moczary, Drogę Do Dawnego Kamieniołomu albo, najbardziej poetycką - Aleję Zakochanych
Kilkadziesiąt metrów za Tadeuszem, jest dróżka, która nas doprowadzi właśnie do tej ostatniej.... zatem idziemy....

i tak niespiesznie można wędrować, wśród drzew, po krętych dróżkach, aż do ruin zamkowych....

Zamek, a raczej to co z niego zostało, piorunującego wrażenia nie robi, można "wejść do środka" jego pozostałości i zobaczyć m.in. masywne mury. W skład ruin wchodzą fragmenty ścian i wież oraz zarys dawnej fosy.


Obok płotu otaczającego ruiny znajduje się pomnik, który przypomina o tym, że zamek lanckoroński był jednym z głównych bastionów powstańców barskich.

Według kronikarzy Jana z Czarnkowa i Jana Długosza zamek wzniósł w XIV w. król Kazimierz Wielki w miejscu dawnego gródka strażniczego, aby strzegł granicy Małopolski ze Śląskiem. Po bitwie grunwaldzkiej w 1410 r. król Władysław Jagiełło, ustanawiając starostwo lanckorońskie, osadził w zamku Zbigniewa z Brzezia, protoplastę rodu Lanckorońskich, którego potomkowie pełnili funkcję starostów do 1512 r. Właściciele zamku się zmieniali (Lanckorońscy, Wolscy, Zebrzydowscy, Czartoryscy, Myszkowscy i Wielopolscy), był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Największemu zniszczeniu uległ najpierw w 1655 r. podczas potopu szwedzkiego, a następnie za sprawą walk podczas konfederacji barskiej w 1772 r., ostatecznie zaś popadł w ruinę w wieku XIX. 

Podobno, dawnymi czasy, zamek składał się z komnat mieszkalnych, kaplicy, pomieszczeń gospodarczych i dziedzińca. Według legend krył tajne przejścia (wejście przez studnię w kuchni zamkowej), którymi można było dotrzeć do lanckorońskiego rynku. Niektórzy twierdzą, że istniało również ukryte przejście łączące zamek z klasztorem kalwaryjskim... Niestety nie udało mi się go odnaleźć, zatem muszę tam jeszcze wrócić...

Przed ruinami jest spory placyk, stanowiący głównie parking dla tych, którzy zamiast spaceru wybierają samochód, można tam również odpocząć na ławkach „z widokiem na zamek”, skorzystać z cienia otaczających drzew albo kąpieli słonecznej, lub udać się jedną ze ścieżek na punkt widokowy i popatrzeć na okolicę, albo... zaplanować trasę kolejnego spaceru wokół góry....

Natomiast schodząc drogą w dół, mijając po drodze kościół, udamy się w kierunku lanckorońskiego rynku. Jest on niewielki, dość stromy, bo położony na zboczu góry, otoczony zabytkowymi drewnianymi domami...



Przy rynku znajduje się muzeum regionalne (ciekawe zbiory), bankomat "za szybą", a także malutkie sklepiki i kawiarnie, które zaczynają tętnić życiem w okolicach weekendu, wtedy też na rynku odbywają się kiermasze z lokalnymi produktami, m.in. chlebem, miodem, przetworami oraz rękodziełem (głównie słynne lanckorońskie koronki). 

Z rynku odchodzą malownicze uliczki, z których niejedna prowadzi z powrotem do.... Willi Tadeusz, ale zanim tam wrócimy koniecznie trzeba zatrzymać się w innym magicznym zakątku - Cafe Arka.

To miejsce trudno ominąć, bo kieruje do niego.... nos podążający za zapachem świetnej kawy i domowych wypieków. Prowadzą go artyści, Jacek i Ewa Budzowscy, którzy zachwycili się Lanckoroną i postanowili zostać. Otworzyli galerię ceramiki artystycznej, potem kawiarnię i są tu od ponad 18 lat. Miałam okazję osobiście poznać Pana Jacka - bardzo sympatyczny człowiek.
Cafe Arka to biały domek, do którego można wejść przez duże szklane drzwi i tutaj zaczyna się zachwyt...
tak wygląda bar...

tutaj można usiąść we "wnętrzu" Arki, wypić herbatę lub kawę, zjeść ciasto....

albo trochę dalej - do wyboru są krzesła, fotele...


Ściany Arki pokryte są powiększonymi znaczkami z różnych stron świata. (...takie znaczki zbierałam w dzieciństwie... :))

można też wejść po schodach, przywitać się z Królem i Królową....
 i usiąść w bardzo kameralnym miejscu...

spojrzeć w dół na bar....


 albo wyjść na zewnątrz i usadowić się wśród zieleni, w jednym z foteli,

posłuchać śpiewu ptaków....ale, ale (!) one przecież nie śpiewają... to tylko MAGIA tego miejsca.

Obok znajduje się Galeria, gdzie jest wystawiona i sprzedawana ceramika użytkowa, dekoracyjna oraz wyroby artystyczne, z których część stanowi wystrój kawiarni - wszystko wykonane własnoręcznie przez twórców-założycieli Arki.

Cafe Arka to jedno z najmilszych miejsc, do których trafiłam.

Po wspaniałej kawie w czarodziejskiej kawiarni pozostaje już tylko powolny spacer malutkimi uliczkami Lanckorony w kierunku Willi Tadeusz. A dookoła takie widoki...

I tutaj chciałabym zakończyć mój spacer, a może jego główną część...?


Po tygodniowym pobycie nie było łatwo wyjeżdżać z Lanckorony. Chociaż baterie zostały naładowane, głowa odpoczęła od miejskiego zgiełku, niebieski kapturek został "prawie skończony", drugi sweter niemalże - zabrakło mi włoczki na pół rękawa :) - czyli założenia zrealizowane - to jednak chciałam jeszcze zostać...

Miasteczko jest wielce urokliwe, ma ciekawą architekturę, bardzo lubię takie miejsca, które mają swój niepowtarzalny klimat. Poza tym poznałam tu bardzo miłych, kulturalnych i otwartych ludzi i te anioły... - to dzięki temu jest tu jak w bajce. 

W Willi Tadeusz czułam się bardzo dobrze, jak pełnoprawny członek rodziny, a nie jeden z wielu gości. Mili gospodarze, wspaniałe jedzenie, domowa atmosfera - było bardzo sympatycznie i dlatego jeszcze tam wrócę. 

Mój pobyt tam mogę spuentować wierszykiem, który wpisałam do Księgi Pamiątkowej:

"Pierwsza wizyta w Willi Tadeusz
na ścieżce żuczek - jak skarabeusz,
choć to nie Egipt - jest retro klimat
tutaj historia dzień rozpoczyna.

Wiele pamiątek rycin, obrazów,
nie znajdziesz jednak tu bohomazów.
Tu atmosfera jest fantastyczna
stąd częstym gościem Brać artystyczna.

Aktorzy, muzycy i ludzie sztuki,
poeci, pisarze i kwiat nauki...
Bo klimat tutaj jest unikalny, 
nastrój przyjazny - NIEPOWTARZALNY

Każdy się czuje w Willi jak w domu
i chętnie zamieszkałby tu, po kryjomu...
Kuchnia wspaniałą, śpiew ptaków z rana
po cóż wyjeżdżać więc na... Bahama?

Piękne widoki, szum drzew dokoła
to Zew Natury nas tu zawołał.
Z Willi Tadeusz wyjeżdżać smutno, 
lecz tu wrócimy... chociażby jutro !

/wiem, że nie jest to Mickiewicz, ale starałam się oddać urok tego miejsca/


Do napisania !

poniedziałek, 18 lipca 2016

112 pikotek - czyli mój pierwszy.... KAL

"Mój pierwszy KAL..."

Moja wersja chusty Metropolitan powstała jako mix dwóch motków wspaniałej włóczki Millis od Chmurki w kolorze Poivre. 


Kiedy Paula zaprosiła mnie do wzięcia udziału w KAL swojej autorskiej chusty Metropolitan, nie wahałam się ani minuty. Miałam przed oczami test wykonany przez Monikę, który mnie oczarował i zaczarował.....

Oto piękna wersja Moniki N.   /dziękuję za mozliwość udostępnienia zdjęcia :)/

Taka też miała być moja wersja tego wzoru... w planach miałam "odwrócenie" kolorów i wykonanie koronki z ciemniejszej włóczki, którą miałam w zapasach upchniętych w wersalce.

Termin zakończenia KALu zbliżał się nieubłaganie, a Opery u Chmurki dla mnie zabrakło... (cóż się dziwić to jeden z piękniejszych kolorów :))
Postanowiłam zaryzykować i chustę dwukolorową eksperymentalnie wydziergać z koloru jednego ! 

Oto efekt :)


Wzór jest jasno i czytelnie opisany, dostępny także po polsku :), nie miałam żadnego problemu z wykonaniem. Każda sekcja zgadzała się co do jednego oczka. 
Najfajniejsze w dzierganiu było to, że bordiurę wykonuje się równolegle z częścią centralną chusty, to pozwala od razu podziwiać tę piękną koronkę i dzięki temu chustę dzierga się dużo szybciej. Te malutkie "owijki", wyglądają jak drobniutkie, jeszcze nierozwinięte pąki kwiatów... wzór jest bardzo poetycki...


Efekt końcowy mnie naprawdę zachwycił, chętnie wydziergam ją raz jeszcze. Zważywszy, że udało mi się, po kilkunastu (!) próbach, znaleźć sposób na pikotki.


Gdy skończyłam, w zeszły weekend ostatni rządek, pomyślałam, że jeszcze "tylko pikotki" i chusta gotowa. W jakim byłam błędzie....
Robiłam je przez prawie cały roboczy tydzień (na szczęście KAL skończyłam w terminie, czyli 15 lipca). Robiłam i prułam, bo efektu oczekiwanego nie widziałam. Nie chciałam, aby skończyło się jak z tym sweterkiem, zatem poprawiałam do upadłego... a czas uciekał.....

Zaskakujące było to, że koleżanka Ula zapytana, jak się je dzierga, odpowiedziała mi, że przecież to ja Ją uczyłam... (!?) o dziewiarska sklerozo, która nie boli....!
Obejrzałam kilka filmów, ale do mnie nie przemówiły. Opisów słownych za bardzo nie lubię. Wiedziałam wówczas co czuł lis - bohater bajki Mickiewicza, gdy "Już był w ogródku, już witał się z gąską" - on wpadł w beczkę, ja "wpadłam" w niekończące się pikotki :)

Często noc bywa wybawieniem i w piątek wreszcie (!) wyśniłam TEN sposób, bo zależało mi  aby, było je widać, a z drugiej strony, by ładnie współgrały z pikotkami, które tworzyłam razem z koronką.
Rozwiązanie okazało się proste tzn. jedno oczko więcej, zamiast 2 nabrałam 3 i SĄ! - wszystkie śliczne, wszystkie 112 - bo tyle ich naliczyłam.

I mam piękną chustę jak z piosenki, bo to przecież to był.....

 Mój pierwszy KAL,
te PIKOTKI leciutkie jak świerszcze,
pierwszy KAL,
CUDNA WŁÓCZKA SPLECIONA , na szczęście.
Pierwszy KAL (....)

/taka wersja dla dziewiarek/

Do napisania :)


PS: Zapomniałam o metce ;)

Szczegóły:
wzór: Metropolitan  
autor: Paula Wiśniewska
włóczka : Milis (100% wełna merino superwash) - zużycie 1,4 motka
druty: 4mm